Sytuacja wokół Ciebie się zawaliła?

Doradca Katalogu Maj 2, 2018 Brak komentarzy

Sytuacja wokół Ciebie się zawaliła?

Może moja historia Ci pomoże? Albo da pomysł, jak sobie poradzić. Kiedy moja żona złamała nogę, zostałem z dzieckiem i finansami sam, bo była bezrobotna. Co można w takiej sytuacji zrobić, aby nie wpaść w olbrzymie długie, które będziemy spłacać latami?

Pech, fatum, klątwa, czy po prostu zwykła kolej rzeczy? Sam nie wiem, ale mam wrażenie, że ściągam na siebie nieszczęścia, a te jak wiadomo chadzają parami. A czasami nawet nie parami, a stadami. A może powinno się to nazywać watahą nieszczęść?

Mimo wszystko jednak trzeba żyć dalej i radzić sobie, mimo przeciwności i kłód, jakie nasz kochany los rzuca nam pod nogi. Aby opowiedzieć jak można sobie poradzić i jak ja poradziłem sobie z problemami, postaram się najpierw opisać moją sytuację.

Facet niewiele przed trzydziestką, żona, mieszkanie, praca, dziecko, samochód, od czasu do czasu wypad w góry lub do baru z kolegami. Normalne życie, jakie większość z nas zna, a na pewno każdy słyszał. Moja żona Agnieszka miewała na przestrzeni lat różne prace, zwykle podobne do siebie i opierające się na sprzedaży detalicznej. Kasjerka w Żabce, stoisko z serami w markecie i tym podobne. Żadna praca nie hańbi i lubiła te prace, chciała jednak od życia mieć nieco więcej, a zawód kasjerki nie był szczytem jej marzeń. Od zawsze zastanawiała się co chciałaby w życiu robić i nigdy nie umiała znaleźć odpowiedzi. Zawód gosposi też nie przypadł jej do gustu, kiedy spędziła dwa lata z dzieckiem w domu. W żadnym wypadku nie była złą matką ani złą gospodynią, ale nie odczuwała jednak z tego satysfakcji. W końcu znalazła to, czym chciałaby się zając i powinno też to przynieść całkiem sensowne dochody. A było to krawiectwo. Zawód bardzo, bardzo stary, który przeszedł wiele transformacji, ale zawsze potrzebny. I wierzę, że krawiec i krawcowa będą dalej potrzebni w przyszłości. Niestety, nie jest to zawód, którego można się nauczyć szybko lub tylko w teorii. Wymaga i szkolenia, i praktyki przy maszynie. Jedyną opcją jaka wchodziła w grę była szkoła zaoczna. Pomysł zostawania samemu z dzieckiem co drugi weekend nieco mnie przerażał, ale nie chciałem blokować żonie drogi do lepszego jutra.

Sprawdziła się tutaj oczywiście zasada, że im głębiej w las, tym więcej drzew. Pierwszą maszynę do szycia Agnieszka dostała od mojej babci, ale to był staroć o mocno zużytych mechanizmach. Nowoczesny, domowy Singer rozwiązał sprawę za kilkaset złotych. Dowiedziałem się, że brakuje żonie jeszcze overlocka. Czym to jest, nie mam pojęcia do dzisiaj, kolejną maszyną do szycia? Tak czy siak kosztowała kolejny tysiąc złotych. Wiele weekendów później, kiedy szkoła była na ukończeniu, półki w domu zapełniły się materiałami, przyborami i książkami i do szycia dowiedziałem się, że na potrzeby Agnieszki domowa maszyna nie wystarczy… Zaś przemysłowa, jaka jest potrzebna to wydatek rzędu kilku tysięcy. Starałem się pomóc, żona miała mnóstwo pomysłów co może uszyć i sprzedać lub zatrudnić się jako chałupniczka co jest w tej branży dość popularne.

Całokształt sytuacji wyglądał całkiem nieźle, koniec szkoły tuż tuż, zaczęliśmy planować imprezę z okazji jej zakończenia i wszystko udało się zgodnie z planem. Pojawił się tylko drobny problem, bo Agnieszka straciła pracę. Tak się kończy pracowanie na śmieciowej umowie zlecenie, że pracodawca może zwolnić pracownika z dnia na dzień, bez żadnych konsekwencji. Ale nie przejmowaliśmy się tym, wystarczyło znaleźć nową pracę, to nie jest koniec świata. Były jakieś oszczędności, poza tym mieliśmy już zaplanowane wakacje, za tydzień. Nie było sensu szukać pracy na tydzień, żeby zaraz wyjechać na wakacje na kolejne dwa. Przecież nikt by nie przyjął pracownika na tak krótki czasu… Oszczędności było wystarczająco, żeby przeżyć jakiś czas, zanim odbędą się wakacje, znajdzie się jakąś pracę i przepracuje pierwszy miesiąc. Nie było wcale źle.

I tutaj właśnie sytuacja spadła w ciągu jednej minuty do poziomu katastrofalnej. Brodząc w płytkiej wodzie Agnieszka upadła i nie mogła się podnieść, wrzeszcząc w niebogłosy o bolącej nodze. Nie przeszło w ciągu kilku minut, zaś noga spuchła i zaczerwieniła się, upodabniając się do baleronu. Wizyta karetką w pobliskim szpitalu potwierdziła i tak już wiadome złamanie nogi. Jak to się stało nie umiem powiedzieć, mimo wszystko kość była pęknięta.

Zaś przede mną stanęła przerażająca wizja tego, że wszystko będzie na mojej głowie. Gips zalecono na 2 miesiące już w szpitalu. Ale wiadomo przecież, że po zdjęciu gipsu noga nie jest od razu sprawna, wymaga to pewnego okresu przejściowego, charakteryzującego się kuśtykaniem, a następnie utykaniem. Potem chodzimy kulawo, a w końcu dopiero noga wróci do normy. Żaden pracodawca nie przyjmie do pracy osoby ze złamaniem lub tuż po złamaniu, bojąc się konsekwencji i przyniesionego na drugi dzień L4. To oznaczało, że zarówno finanse jak i opieka nad dzieckiem zostają na mojej głowie, a to było już trochę za dużo.

Rozważałem rozwiązania jakie mam do wyboru. Mógłbym wziąć kredyt i mieć z czego żyć. Sęk w tym, że to oznaczałoby dodatkowe, znaczne koszty, jakie trzeba by ponieść. Dodatkowo musiałbym zacząć już od następnego miesiąca spłacać raty, na które nie miałbym pieniędzy. To z kolei oznaczałoby, że musiałbym wziąć jeszcze większy kredyt, aby móc pokryć spłacanie rat do czasu, aż Agnieszka będzie w stanie ponownie pracować. Opcja z kredytem nie za bardzo przypadła mi do gustu. Kolejnym problemem związanym z pożyczką byłby brak elastyczności. Jeżeli pożyczyłbym przykładowe 5 tysięcy złotych, a następnie zabrakłoby mi pieniędzy, to miałbym olbrzymi problem. Bo co miałbym zrobić? Zaciągnąć kolejną pożyczkę i kolejne raty? A co się stanie, jeżeli złamanie mojej żony okazałoby się być jedną z tych skomplikowanych spraw, które ciągną się jak nie miesiącami to latami? Zostanę wtedy sam ze wszystkim na głowie oraz jeszcze kredytem, jako wisienką na torcie? Ta opcja dla mnie odpada, chyba, że nie będę miał innego wyboru i nie będę miał za co żyć.

Drugim pomysłem było dodatkowe zarabianie. Jako zawodowy kierowca po prostu lubię prowadzić. Nie ma dla mnie znaczenia co wiozę i gdzie, po prostu jest to dla mnie przyjemne i relaksujące. No dobra, z wyjątkiem jechania za nauką jazdy. To zawsze działa na nerwy, kiedy komuś zgaśnie silnik trzeci raz pod rząd na tym samym skrzyżowaniu, akurat w godzinach szczytu. Mógłbym dorobić kilka groszy rozwożąc wieczorami pizzę albo popytać w firmach taksówkarskich? A może odpalić aplikację Uber i zawsze wpadłoby coś na rachunki, jedzenie czy przyszła rehabilitację. Pomysł dobry, ale kiedy miałbym go wykonać? Przecież Agnieszka nie da rady zrobić wszystkiego wokół dziecka… Może się z córeczką chwilę pobawić, porysować czy pobudować z klocków Lego. Ale Amelka jest dzieckiem, które uwielbia biegać i szybko nudzi się zabawą w jednym miejscu. Wykąpać też jej za bardzo nie da rady, jak i wykonać wielu innych czynności. Także również i ten pomysł upadł.

Rozwiązaniem dla mnie okazał się lombard, co było dla mnie niemałym zaskoczeniem. Nigdy szczerze mówiąc nie interesowałem się tymi instytucjami. Mijałem pewnie jeżdżąc jako kierowca dziesiątki lombardów, nie zwracając na nie żadnej uwagi. Zaś rzeczy, które mógłbym zastawić w lombardzie lub potraktować lombard jako skup dla tych przedmiotów było mnóstwo. Wcześniej nie żyło mi się źle, więc mogłem sobie pozwolić na wiele rzeczy. Opcja z lombardem była też dla mnie dość elastyczna, bo mogłem zawsze coś donieść. Zacząć od mniejszych rzeczy, zanosić je pojedynczo i tak dalej.

Na pierwszy ogień poszły gry do PlayStation. Konsola i tak od dłuższego czasu się kurzyła, bo nie było czasu, mając małe dziecko. Nie chciałem oddawać konsoli, ale brałem to pod uwagę jako opcję awaryjną. Dlatego zacząłem od gier, w szczególności tych, które nie przyciągnęły mojej uwagi. Zaniesione do lombardu w ilości kilkunastu tytułów zasiliły już mój budżet.

Następny poszedł do lombardu odtwarzacz DVD, którego nie używałem od dawna. Filmy zwykle oglądałem z sieci, z laptopa podłączonego do telewizora, a i tak na filmy nie było zbytnio czasu.

Kolejne przedmioty trafiały do lombardu, jednak robiłem to bez paniki. Na spokojnie, w przemyślany sposób segregowałem co mogę zanieść i nie jest mi potrzebne. Na osobną listę trafiały przedmioty które mogę zanieść, ale wolałbym tego nie robić. Ostatecznością byłoby oddawanie do skupu w lombardzie przedmiotów potrzebnych, ale tego na szczęście udało się uniknąć.

Historia w sumie ma szczęśliwe zakończenie. Po 2 miesiącach biegania do lombardu Agnieszce zdjęli gips, kolejny miesiąc rehabilitacji, miesiąc ćwiczeń i odbudowy mięśni w nodze i zaczęła szukać pracy. Tym razem jakiejkolwiek, żeby odbudować finanse, zaś zawodu krawcowej szukać na spokojnie.

Zaś dzięki skorzystaniu z pomocy lombardu, udało się ten przykry i nieciekawy okres zamknąć bez długów do spłacania przez następne miesiące lub lata.

Przy okazji, kiedy miałem okazje pozwiedzać różne lombardy, zauważyłem, że oferują dużo ciekawych rzeczy. Wyzerowaną kolekcję gier do PlayStation uzupełniłem potem za znacznie niższe ceny, bo kupowałem je w lombardzie jako czyjś zastaw za pożyczkę.

Nikomu oczywiście nie życzę takich niespodzianek, ale jeżeli będziecie potrzebowali skorzystać z takiej opcji, to polecam Polski Lombard, jeżeli jest w okolicy. Są porządni, przedmioty są wyceniane uczciwie i nie tworzą nieistniejących problemów.